Menu
wywiad foto

Siłaczka w swoim stadzie

Ten wywiad z założycielką fundacji Na pomoc Zwierzętom otwiera wrota do naszego wspólnego wyzwania, którego nie byłoby gdyby na mojej drodze nie pojawiła się Joanna Sobina.

Wspólnie z Mirkiem, swoim partnerem i cała bandą pozytywnych wolontariuszy, odwala kawał dobrej roboty. Dziś Aśka wyjątkowo nieco od kuchni, w pigułce i z motywującym przekazem, co miałam przyjemność zamienić w słowo.

6:00 pobudka. W mieszkaniu nagle robi się zamieszanie. Joker się wyciąga, Szila zaczyna zaczepiać stado,  Saba szczeka jak opętana dając przykład wszystkim pozostały. W sumie kilkanaście psów czeka w kolejce do codziennego obrządku. I tak przez 365 dni w roku…

Kiedy ostatni raz byliście na urlopie? Zapytałam Joannę i Mirka, na co dzień prowadzących fundację Na Pomoc Zwierzętom. – 3 lata temu udało nam się pojechać na Woodstock.  Psiaki oddaliśmy na ten czas do hotelu.  Z taniego wyjazdu zrobił nam się przez to wyjazd finansowo co najmniej zagraniczny, ale nie żałujemy – wspominają.

Dziś para nie planuje żadnych wakacji.  Na tą chwilę Fundacja ma pod opieką 61 psów i 25 kotów . To zwierzęta uratowane z opresji.  Większość wyczekuje adopcji, pozostałe zostaną z Joasią i Mirkiem do końca swych dni.  W miejsce zaadoptowanego psiaka, pojawi się nowy.  Z prędkością światła. I tak nieustannie.

Umówiłam się z Joanną i Mirkiem przy okazji wieczornego wyprowadzania psów. Próbowałam umówić się już wielokrotnie, ale wbrew pozorom nie jest to takie proste.  Joanna często wyjeżdża na interwencje  i nigdy nie wie ile czasu to zajmie.  Krąży między lecznicą,  a domem – zawsze musi wrócić na czas. Psia sfora nie wybaczyłaby jej zaburzenia codziennego rytuału, do którego czworonogi  są przyzwyczajone.

Około 19.30 mijam pierwszych wolontariuszy, którzy pomagają  przy wyprowadzaniu psiaków.  Za chwilę z bramy wychodzi Joasia. Szczupła kobieta. Trzyma na smyczy cztery sporej wielkości psy. Każdy z nich chce powąchać inny skrawek trawy.  – Kwestia przyzwyczajenia, do opanowania – rzuca rychło wyprzedzając moje pytanie.

Godzina, przy dobrych wiatrach, trwa wyprowadzanie z mieszkania psich rezydentów. Plan zawsze jest taki sam. Zaczyna się od tych większych, które idą na wybieg. Po nich typ „nakolankowy”, w tym szczeniaki i seniorzy.  Każdy o innym charakterze i maści, choć aktualnie w stadzie dominuje rudy.  Moją uwagę przykuwa mała, cudaczna seniorka.  Iza –  wolontariuszka podkreśla, że Kaja ma urodę  radiową, co jeszcze bardziej mnie rozczula.

Po wyprowadzeniu psiaków, Joanna znajduje chwilę aby zamienić ze mną słowo.  Dołącza do nas ponownie Mirek, prywatnie partner Joasi wspierający ją w prowadzeniu fundacji.

Widzę przed sobą piękną  kobietę.  Ma na sobie zwykły t-shirt.  Ale ja zwracam uwagę na jej subtelną kobiecość, głęboko schowaną.  Widzę ją  w końcu w świetle dnia. Bo zazwyczaj widywałyśmy się wieczorową porą, częściej słyszałyśmy przez telefon. Pytam, kiedy ostatnio miała czas dla siebie? Teraz tak wiele przecież mówi się o zdrowym egoizmie. To słowo w przypadku Joasi, brzmi jak slogan reklamowy.  Kompletnie do niej nie pasuje i w jej życiu jak sama podkreśla, nie jest brane pod uwagę.

Pytam dalej o babskie sprawy takie jak fryzjer, ciuchy, kosmetyczka. – A coś Ty! Nie mam na to czasu  i chęci też.  Pewne sprawy już dawno przewartościowałam.  W pewnym momencie z bramy wychodzi sąsiadka Joasi z psiakiem.  – To też od nas, Lunka trafiła do nas jak miał jeden dzień, razem z dwiema siostrami, wykarmiłam butelką,wszystkie mają teraz kochające domy – wspomina Joanna.

Odnoszę wrażenie, że  dzięki jej obecności w Boguszowie Gorcach, gdzie siedzibę ma fundacja, obdarowanych psiakami jest wiele osób. Nie mylę się.  Pytam o trudne chwile. Jest ich wiele – rzuca Mirek.  – Ale staramy się motywować tym co dobre, bo jest w naszej historii mnóstwo happy’ endów.  Jak choćby amstaf Ptyś, który miał być uśpiony  z uwagi na jego stan zdrowia, udało się go jednak wyleczyć i trafił do kochającej rodziny. Także Sucharek czy Miczka z połamanymi kręgosłupami – psiaki są po operacjach i biegają!  – wymienia Joasia.
Podczas naszej rozmowy rwie się niecierpliwie psiak w typie husky. To Fortis – stały kompan Mirka  podczas biegania. Jeden z dwóch obok Jokera.

Przypadki beznadziejne – walczymy do końca!
– Niestety to co boli najbardziej, to fakt, że właściciele zwierząt, jeśli tylko pojawi się problem choroby zwierzęcia, pozbywają się go. Takim przykładem jest Misia która miała niedowład tylnych kończyn – opowiada Asia.  Właściciele nie dźwignęli odpowiedzialności. Dziś  Misia chodzi coraz żwawiej i kwestią czasu jest, jak odzyska pełną sprawność.  Nagle byli właściciele zaczęli dopytywać  o możliwość powrotu do nich suni…Klasyk.

Eutanazja na zamówienie?
Niepokojące jest też  podejście samych weterynarzy. – Lekarze często wybierają drogę na skróty i proponują eutanazje. Wiele razy spotkaliśmy się w naszej pracy z takim rozwiązaniem, a tymczasem niejeden psi przypadek udało nam się wyleczyć z pomocą naszych zaufanych weterynarzy  – podsumowuje.

18 lat działań = pół tysiąca uratowanych psiaków
Joasia dzięki fundacji pomogła ok. 170 psiakom.  Choć od momentu jej zaangażowania na rzecz zwierząt z jej pomocy mogło skorzystać nawet  pół tysiąca uratowanych psów i kotów! Bo w końcu to już 18 lat jej prężnego działania w ogóle. Od 2 lat pod egidą fundacji.
Składamy kręgosłupy, wyprowadzamy z niedożywienia  psiaki zagłodzone. Takim przykładem jest świeża sprawa Saby, zamkniętej w łazience i głodzonej. Wyciągnęliśmy skórę i kości. Boli to, że nikt z sąsiadów nie zareagował – dodaje. Dziś Saba, suczka w typie owczarka przybiera na wadze i stała się częścią fundacyjnej rodziny.

A co na to rodzina Joasi?
Co dzisiaj zjadłaś? Pytam z ciekawości, mając przed sobą szczuplusieńką kobietkę.  – Mama przygotowała mi rano kanapki.  Jak ja zapomnę zjeść, ona zawsze mi o tym przypomni – opowiada Aśka.

Jak jest przyszłość fundacji?

Nieustannie dzwonią telefony. Dziennie jest ich ok. 60. Kursują między lecznicą, a nowymi interwencjami na terenie powiatu wałbrzyskiego, choć to czasami sztuczna granica. – Mamy pod opieką psy, które wymagają stałej opieki medycznej. Taki przykładem jest  Mysza, którą trzeba co trzy tygodnie poddawać chemioterapii, oraz inne psie przypadki wymagające wizyt we wrocławskich klinikach.  Dzień jest zawsze za krótki, choć chęci wciąż mamy, mimo przeszkód jakie stawiają nam nie zwierzęta, a ludzie… – opowiadają.

Celami fundacji oprócz tych bieżących – ratowania, leczenia i znajdowania nowych domów, jest wybudowanie siedziby fundacji.  Takiej z prawdziwego zdarzenia.  Obecnie podopieczni przebywają w mieszkaniach oraz hotelach dla zwierząt. Ta ostatnia opcja pochłania mnóstwo środków, co docelowo mogłoby być przeznaczane na ratę potencjalnie zaciągniętego kredytu. Marzy im się bowiem wybudowanie przestrzeni dla zwierząt z wybiegiem i oczywiście wewnętrznymi boksami, najlepiej ocieplanymi w oddali od mieszkań, osiedli. – Wówczas codzienne wyprowadzanie psiaków, zwłaszcza o poranku, byłoby mniej czasochłonne – podkreśla Asia.

Mirek z uwagi na to, że pracuje jako kierowca, wyprowadza swoją ferajnę już o 4 nad ranem… Najgorzej jest rano, wtedy wiele wolontariuszy pracuje i Asia z Mirkiem muszą radzić sobie sami. A mają taką naturę, że nie narzekają, zakasują rękawy i robią swoje. To jest wpisane w ich codzienność.

Domy tymczasowe na wagę złota

Największą bolączką w fundacji jest niestety brak domów tymczasowych. – Jeśli chętnych osób, które na czas poszukiwania domów stałych byłoby więcej, to zmieniłoby znacznie sytuację fundacji, także finansową. Sporo środków niestety wydatkujemy na opłacanie hoteli dla zwierząt – podsumowuje Joasia.

Kadry z życia fundacji

Bieżące działania fundacji można oglądać za pośrednictwem fanpage: Na pomoc Zwierzętom. Są tam aktualizowane zdjęcia podopiecznych, dla których nieustannie poszukujemy domów tymczasowych i stałych.  Jeśli chcesz zostać wolontariuszem, zapraszamy do współpracy!

Share this Post!

About the Author : Marzena Michalec


0 Comment

Leave a Comment

Related post

  TOP